sobota, 12 grudnia 2015

Rozdział 4 - Już po wszystkim

 Wysiadłem z samochodu ledwo trzymając się na nogach. 
 Wiedziałem, że jeśli zobaczę tam Cassie martwą załamie się i prawdopodobnie już więcej się nie pozbieram. Ona zawsze była kimś innym, kimś lepszym, wyjątkowym, nieprzewidywalnym, jedynym w swoim rodzaju. Tacy ludzie zdarzają się raz na miliard! A ona zdarzyła się właśnie mi, przecież mogła zdarzyć się komu innemu. Wszyscy inni byliby lepsi niż ja. Jednak to na mnie trafiło. To musiało coś znaczyć. Byliśmy dla siebie. Ona była dla mnie i ja dla niej.
 - Boje się tego co tam zobaczę - powiedziałem cicho.
 - Pójść z tobą? - spytał Zayn, ale ja już byłem daleko. Zbyt daleko żeby się cofnąć i prosić kogokolwiek o pomoc. To była moja wina, nie ich.
 - Dam radę - uśmiechnąłem się do tej dwójki posyłając jeszcze pocieszający uśmiech Rose. Martwiła się, nawet się jej nie dziwiłem.
 Wszedłem do firmy czując jakby za moimi plecami oddychał sam diabeł, ale gdy się odwracałem nikogo za mną nie było. Tyko pustka, która towarzyszyła także mojemu sercu.
 Serce zabiło mi mocniej, kiedy okazało się, że jest awaria windy.
 Sekundy rozciągały się jak minuty, a minuty jak godziny.
 Skierowałem się na schody nie robiąc przy tym najmniejszego hałasu. Już, gdy otworzyłem drzwi było słychać ciche, ale gniewne głosy.
 - Ile jeszcze będziemy tutaj czekać? Może jest na to zbyt głupi - mruknął jeden.
 - Jest całkiem bystry, nie martw się - uspokoił go drugi. - Z resztą mamy nadajnik.
 - Kurtkę zdjął kilka godzin temu, wciąż nie wiemy gdzie jest.
 - Och, przestań widzieć tylko negatywy - zaśmiał się. - Spójrz na tą zdzirę. Jest taka piękna, a jednak jest zdzirą.
- Nie masz prawa tak do niej mówić! - niemal wyrwałem drzwi głośno wchodząc do środka.
 - Widzisz? Wiedziałem, że przyjdzie - uśmiechnął się jeden z nich. Tak, to był ten gorszy. - Nie jest taki głupi.
 - Najwidoczniej jest, skoro w ogóle tu przyszedł.
 Rozejrzałem się po pomieszczeniu i zobaczyłem ją. Związaną, zakrwawioną, wycieńczoną. Ale zauważyłem także coś innego, jej płomyk w oczach, gdy tylko się na mnie spojrzała. Ona wciąż wierzyła, wiedziałem i to właśnie to dało mi siłę.
 - Macie ją wypuścić - rozkazałem przez zaciśnięte zęby.
 - Bo co? Poobijasz nas tymi piąsteczkami? - zadrwił ze mnie. - Nie oddamy ci jej - powiedział - za darmo.
 - Nie dam wam pieniędzy - sprzeciwiłem się od razu.
 - Jeszcze się przekonamy - uśmiechnął się chytrze i pchnął mnie na ścianę przy której siedziała skulona Cassie. Zabolało.
 Brunetka wydała z siebie cichy pisk widząc mnie zwijającego się z bólu, a ja już po chwili odczułem siłę pchnięcia na swoim barku.
 - Spokojnie, nic mi nie będzie - uspokoiłem ją zanim łzy wydostały się z jej oczu. - Przepraszam, przepraszam cię za wszystko, za to, że spędziłem sen z twoich powiek, za całe zło, które ci wyrządziłem. Wynagrodzę ci to, obiecuje.
 Dziewczyna spojrzała na mnie przez swoje zaszklone oczy i powiedziała coś niezrozumiałego przez szmatę, którą miała zawiązane usta.
 Nim się obróciłem w moją stronę była wycelowana lufa pistoletu. Myślałem, że taka chwila będzie wyglądała inaczej. Wyobrażałem sobie, że całe życie stanie i przed oczami, a tymczasem było mi wszystko obojętne. Najważniejsze, że Cass była przy mnie, tyle mi wystarczało.
 Przytuliłem do siebie brunetkę na tyle mocno na ile pozwalało mi moje poszkodowane ramię.
 Byłem pewny, że już chciał strzelać i nawet nie poczułem kiedy moje serce zaczęło bić jak oszalałe zupełnie mijając się z rytmem serca Cassie.
 Usłyszeliśmy głośny trzask drzwi, a pomieszczenie wypełnił się dynamicznym stukotaniem obcasów.
 Spojrzałem w tamtą stronę i zauważyłem tylko dwa bezwładnie upadające na podłogę ciała. Nawet nie było głośnego dźwięku. Otarłem przerażony oczy, przyjrzałem się i nie mogłem uwierzyć w to co się działo.
 Ujrzałem Dakotę i z serca spadł mi kamień, ale dziewczyna obok mnie pisnęła przerażona, zaczęła się szamotać i jeszcze głośniej krzyczeć.
 - Dzięki Dakota, uratowałaś nas, będę miał u ciebie dług do końca ży... - powiedziałem spokojnie zamykając z ulgi oczy. I chyba to był mój błąd, bo gdy tylko je otworzyłem poczułem przy skroni coś zimnego.
 - Nie tak szybko, kochany - szepnęła mi pociągającym głosem do ucha, a po moim ciele przeszedł cholerny dreszcz.
 - Dakota, co ty... - zająknąłem się, a brunetka schowana w moich ramionach zaczęła jeszcze bardziej płakać.
 - Teraz jest moja chwila - powiedziała pewna siebie. - Myślałeś, że co? Będę twoją wieczną przyjaciółką? Dwójka dzieci, które trzeba wyżywić... Serio w to uwierzyłeś? - zaśmiała się.
 - Widziałem je.
 - Były podstawione - prychnęła. - Nie zauważyłeś mnie kiedy byłam w tobie bezgranicznie zakochana, ale z czasem przestało mnie to dołować. Znalazłam nowy cel, twoje pieniądze. Więc teraz albo pieniądze albo kulka Niall.
 - Nie dam ci pieniędzy -  powinienem przystać na jej propozycje, ale coś wciąż skłaniało mnie do brnięcia w nieznane narażając życie moje i Cass.
 - A więc żegnaj, Nia...
Jeden strzał i już było po wszystkim...

1 komentarz

  1. Jestem teraz w szpitalu i mam wiele czasu na czytanie, wièc trafiłam na twojego bloga i się zakochałam. Naprawdę wciąga! Szybko wszystko nadrobiłam i jestem już na bierząco, a teraz czekam na następny rozdział x Liczę też na to, że odwiedzisz mojego bloga z dość nietypowym opowiadaniem i Harrym until-dawn-fanfiction.blogspot.com Nie będę miała też nic przeciwko jeżeli poinformujesz mnie tam o nowym rozdziale :) Życzę weny! x

    OdpowiedzUsuń

To co? Bijemy rekord komentarzy?:)